Sunday, 29 November 2009

About rodents and quilting bee block/ O gryzoniach i bloku patchworkowym

Last three weeks of my life were a bit hectic. My visit to Japan followed by two weeks of a Laboratory Animal Science course at Utrecht University caused that I did not have much time for other things. Especially, my children experienced chronic lack of mom and I missed them a lot! My own mom was staying all these weeks at our home taking care of all my beloved ones. As you can imagine I also did not spend a lot of time with her. Actually, we had only one Sunday to spend together… Yesterday, she went home and on Monday I have to return to my work. I am so grateful that she helped us so much and with so much love, though we were not always the easiest ones to love…

 I must admit that I’ve enjoyed the course on Laboratory Animal Science more than I expected. Frankly, I thought that it will be extremely boring but it turned out to be quite interesting. Dutch law is very strict about use of animals for experimentation. Everyone working with them has to follow courses, take exam, each experiment has to get approval of Animal Experiment Committee and if there is any sign of alternatives then experiment will not be approved.

I had to learn how to restrain rat, mouse, guinea pig and rabbit. I learn how to make an oral gavage for a rat and make injections to mouse, brrr. Well, the most important is that I’ve learned something. It is only pity that I will work only with fish and there was nothing about fish….

112409140447

Ostatnie trzy tygodnie były bardzo wyczerpujące. Moja podróż do Japonii a potem dwa tygodnie kursu o experymentach na zwierzętach laboratoryjnych na Uniwersytecie w Utrechcie spowodowały, że nie miałam zbyt wiele czasu na inne rzeczy. To był szczególnie trudny okres dla maluchów, które do tej pory były przyzywyczajone, że mama po 17:00 jest zawsze w domu. Szczególnie Jagna mocno to przeżyła. Ja zresztą też ogromnie za nimi tęskniłam. Przez te trzy tygodnie moja mama była u nas w domu, prowadziła ten dom, zajmowała się dziećmi, krótko mówiąc ogromnie nam pomogła. Niestety nie widziłam się z nią przez ten czas zbyt wiele… Wczoraj wróciła do domu, przez trzy tygodnie miałyśmy tylko jeden cały dziń dla siebie… Jestem jej bardzo wdzięczna za pomoc i miłość jaką nam okazywała, choć nie zawsze byliśmy najgrzeczniejsi…

Muszę przyznać, że kurs o zwierzętach laboratoryjnych podobał mi się bardziej niż się spodziewałam. A spodziewałam się nudów.. Holenderskie prawo jest bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o eksperymenty na zwierzętach. Każdy kto jest jakikolwiek sposób związany z eksperymentem musi przejść odpowienie kursy. Każdy eksperyment musi być pozytywnie zaopiniowany przez specjalną komisje. Jeśli istnieje jakas alternatywa to eksperyment nie zostanie dopuszczony.

Na tym kursie musiałam się nauczyć jak unieruchomić szczura by go zintubować czy jak podać zastrzyk myszy. Uczyłam się też urnieruchamiania świnki morskiej i królika. Szkoda tylko, że ja mam pracować z rybami, a tam o rybach ani mru mru…

112409140432

***

Season’s coming and I see that almost everyone is making a lot of beauties for this time. I didn’t even start yet. My quilt is waiting in a drawer, a thousand of ideas are flying through my head but I simply do not have time to realize them. Some times I wish to be a stay-at-home-mother but I doubt whether I could be one for a 100% of time…

Święta się zbliżają. Na blogach i Flikrze ludzie szaleją z ozdobami a ja jeszcze nie zaczęla nawet z powodów – patrz powyżej. Mój niedokończony pierwszy quilt leży sobie w szafie, tysiące pomysłow przelatuje przez głowę a mnie wciąż brak czasu by je zrealizować. Czasem marzę o byciu niepracującą mamą, ale nie wiem czy dałabym radę nie pracować. Gdybym tak pracowała tylko trzy dni w tygodniu to byłoby idealnie.

Last night I made a block for the November design. It was supposed be a pieced star. Unfortunately the combination of fabric I used was not contrasting enough to make a clear star. Well, there was a contrasting fabric but the piece was not big enough. Second problem was that my printer is down so I could not print base for a paper piecing technique. Otherwise I could make more sophisticated star.

IMG_7092 

Wczoraj wieczorem zrobiłam blok dla Vivie95 w ramach naszego Eurovision Quilting bee. Miałam zrobić dowolną gwiazdę. Niestety miałam zbyt mało materiału by zrobić to co chciałam i sam zestaw nie bardzo mi odpowiadał. Wyszło jak wyszło. Druga sprawa to problemy z drukarką. Gdyby działała to wydrukowałabym sobie jakiś fajny wzór jako baze. No nic, jest jak jest. Materiały były bardzo ładne, ale jakoś mi nie pasowały do takiego bloku.               

                             IMG_7090IMG_7095 IMG_7089

Sunday, 22 November 2009

Japanese fabrics, Anemoon and The Art Exchange/ Japońskie tkaniny, Anemoon i The Art Exchange

IMG_7066

What someone who loves patchwork, appliqué and quilting would bring from a trip to Japan? Of course Japanese fabrics! But believe me or not, I bought them just half of an hour before my departure to the airport. And it was really a coincident that I found this shop, I did not search for it, actually, it just popped out when I was running back to my hotel after getting my money from only cash point accepting my credit card! I was soooooooooooooooo happy in this shop, and soooooooooooo upset that I do not have more money to spend…

IMG_7068

Co ktoś zakochany w szyciu patchworków i aplikacji powinien przyweźć sobie z podróży do Japnii? Oczywiście japońskie tkaniny! Ale wierzcie mi, kupiłam je sobie na pół godziny przed wyjazdem na lotnisko i wcale nie szukałam sklepu z tkaninami, on mnie sam znalazł gdy wracałam od jedynego bankomatu akceptującego moją kartę kredytową! Ależ byłam szczęśliwa w tym sklepie! A jaka tam byłam nieszczęśliwa, że nie mam więcej kasy.......

IMG_7067 IMG_7077IMG_7069 IMG_7071

***

My sister asked me to make an Anemoon hat for her. It should be in the colour young princesses likes the most – pink (although my sister is not so little any more…). Jagna was still in her pajamas when I was taking this photo, but she looked so lovely that I could not resist! I will have to make one more for myself cause my mom took my first one

Moja siostra poprosiła mnie o zrobienie dla niej Anemoona w kolorze jaki małe ksieżniczki lubią najbardziej (choć sama już taka mała nie jest). Jagna była jeszcze w pidżamce gdy pstrykałam to zdjęcie, ale tak mi sie podobała w tym bereciku, że nie mogłam się powstrzymać. Muszę zrobić jeszcze jeden dla siebie bo mama zabrała mi mój pierwszy… :)

Jagi Anemoon copy

***

Still before my departure to Japan I got Flickr mail form Eight in which she invited me for The Art Exchange. Basically, it is a chain play in which person that gets an e-mail should send something hand made to first person on the list and forward this e-mail to next six Flickr users. Eventually, this person should receive 36 pieces of art. On Friday I got my first piece from Anskun. I like it a lot!

IMG_7062

Jeszcze przed wyjazdem do Japnii dostałam od Eight zaproszenie do zabawy Flickrowej “The Art Exchange”. To taki łańcuszek, który należy przesłać do szesciu osób a samemu wysłać jakiegoś handmejda do pierwszej osoby na liście. W piątek dostałam pierwszą z 36 (teoretycznie) przesyłek, które powinnam otrzymać. Anskun z Finlandii przesłała mi piękną zawieszkę.

IMG_7063

Thursday, 19 November 2009

Japanese maple/Klon japoński

I’m back at home. My week in Japan was unforgettable and I am grateful to my company for sending me there. But now I’m busy with a course on Laboratory Animal Science and do not have time to download my pictures to the computer and make something out of it. I hope that after two weeks I will have some more time. There are still so many things I would like to write about. I’m happy that each evening I was writing my impressions and observations so in the future I will be able to recall all these things.

Many Japanese people say that fall is the best period to visit Japan, and I have to agree. Nevertheless, I would like to see this country also in the blossom period… ;D But for now Japanese maple.

klon japonski

Wróciłam do domu. Mój tygodniowy pobyt w kraju kwitnącej wiśni i zachodzącego słońca dostarczył mi niezapomnianych wrażeń. Jestem za nie wdzięczna mojej firmie. Niestety teraz czas mam mocno wypełniony kursem o eksperymentach ze zwierzętami i brak mi przez to czasu na zabawe ze zdjeciami i spisanie jeszcze paru wrażeń z pobytu na drugiej stronie świata. Cieszę się, że na bieżąco spisywałam wrażenia bo pewnie teraz byłoby mi znacznie trudniej to zrobic a w przyszłosci będę sobie mogła przypomnieć to co przeżyłam.

Cieszę się że pojechałam tam jesienią, wielu Japończyków twierdzi, że to najlepsza pora na zwiedzanie tego kraju. Ja chciałabym jednak zobaczyć jeszcze kwitnące wiśnie… :D No, ale na razie klon japoński.

Saturday, 14 November 2009

Kyoto

Jutro wracam do domu, do moich Babelkow, do Pedrita, ktorego mi tutaj szalenie brakowalo i do mamy.

Dzis bylam w Kyoto. Zobaczylam mniej niz 1/20 z tego co mozna zobaczyc, ale i tak to co widzialam przeroslo moje oczekiwania i spelnilo marzenie z dziecinstwa, by choc raz przejsc sie po japonskim domu, prawdziwym ogrodzie, zobaczyc bambusowy mostek przewieszony nad strumykiem... I to wszystko stalo sie dzis. Ja, mala dziewczynka z Miasteczka Slaskiego chodzilam po miejscach jakie z zapartym tchem ogladalam w serialu “Osin”. Patrzac ze wzniesienia na ogrod i domy wokol srebrnego pawilonu lzy strugami ciekly mi po policzkach. Ja tu MUSZE wrocic! MUSZE!!! Stanie sie to za jakies 8 – 10 lat, najpozniej. Gdy dzieci beda juz na tyle duze by moc w pelni swiadomie sie cieszyc z takiej wyprawy i nie beda nam zagluszaly wycieczek wiecznym marudzeniem ze nogi bola.

Wszystkie pozytywne wrazenia byly ogromnym pocieszeniem po zmaganiach z komunikacja publiczna w Kyoto. Po miescie tym, niestety, trzeba poruszac sie autobusami, ktore jak wiadomo, maja ta wade, ze stoja w korkach, wiec czas na przejazd z A do B zajmuje bardzo duzo czasu. Dwa, nie jezdza tak czesto jak metro. Trzy, w Kyoto, w przeciwienstwie do Osaki, wszystkie stacje autobusowe na mapie sa opisane po japonsku. Najbardziej turystyczne miasto Japonii a nawet porzadnej mapy dla turystow nie maja. Po Osace czlowiek porusza sie bez trudu bo wszedzie sa napisy po lacinie, natomiast Kyoto... szkoda gadac. No ale na szczescie mieszkaja tam Japonczycy, a to tak mila nacja, ze musze jeszcze raz o tym wspomniec. Otoz, za kazdym razem gdy bylam bez Setsuko ktos do mnie podchodzil z pytaniem czy nie trzeba mi pomoc. Gdy sama potrzebowalam pomocy zwracalam sie do kogokolwiek i nigdy mi tej pomocy nie odmowiono. Nieznajmosc jezyka nigdy nie byla przeszkoda. Raz jeden chlopak przeszedl ze mna dobre dwa kilometry zeby mi pokazac wlasciwa droge w metrze, a wcale nie bylo to po jego drodze! Sa bardzo mili, uczynii, grzeczni i zawsze usmiechnieci. Dlaczego ne wyszystkie nacje takie sa?

No ale do tematu. Otoz widzialam bardzo duzo, ale zdjec duzo nie pokaze. Widze, ze blogger robi z nich sieczke, a szkoda mi naprawde fajnych zdjec (po kliknieciu zdjecia sie powiekszaja). Dlatego tez wrzucam pare, a jak wroce do domu to wrzuce inne przez LiveWriter’a (ten program lagodniej obchodzi sie ze zdjeciami).

No to zaczynam.

Swiatynia Ginkakuji








Potem spacerowalam wzdloz drogi filozofow.
Gdzie zagladalam do (chyba) bogatego japonskiego domu .


Na lunch (i kolacje tez) zjadalam sobie japonszczyzne z bento. Och jak mi tutejsze jedzenie smakuje!

Potem zwiedzalam na boskaka swiatynie Eikando.




A na koniec udalam sie do swiatyni Kiyomizu.


A tutaj widac, ze to naprawde bylam ja ^^
Wspominalam juz, ze bardzo smakuje mi japonskie jedzenie. Wiedzialam, ze Japonczycy pija zielona herbate, ale nie mialam pojecia, ze ta herbate dodaje sie do praktycznie wszystkiego. Jadlam juz makaron soba z zielona herbata, widzialam chleb i ciastka z zielona herbata, widzialam ptysie nadziewane kremem z zielona herbata, podobno jest sos na bazie tej herbaty. A dzis zjadlam lody o smaku zielonej herbaty... Przezornie wzielam sobie pol na pol z waniliowymi. Trzeba sie bylo do tego smaku przyzwyczaic, ale nie bylo to wcale zle!
Pamietacie jak wspominalam o koslawo chodzacych japonkach. Nizej jest przyklad. Ta dziewczyna co prawda stoi, ala jak tylko ruszyla to nie zmienila pozycji stop tyko dodatkowo zgiela kolana.

A tutaj dla kontrastu zdjecie z Kyoto, tego bardziej wspolczesnego.

Friday, 13 November 2009

Osaka

Powiedzcie drogie matki, czy to co widzicie na ponizszym zdjeciu nie jest cudnym a jakze prostym rozwiazaniem problemu pt.:"Co zrobic z dzieckiem w publicznej toalecie?". No ale mialo juz nie byc o kibelkach. Prosze wiec przewinac czym predzej na dol.


Otoz w dniu dzisiejszym z poczuciem dobrze spelnionego obowiazku wobec siebie, firmy, Krolestwa Niderlandow, Uni Europejskiej i Swiata (tak, tak, gdybym byla bluzniercom to powiedzialabym, zem Chrystus w spodnicy, ale bluznierca nie jestem, wiec nie powiem) wyrwalam sie z kongresu i poszlam w miasto. Teraz ledwo zyje, ale warto bylo! Oj, jak warto! Miasto jest przeogromne, ale system komunikacji miejskiej umozliwil mi zwiedzenie trzech cudnych miejsc. Zapraszam do ogladania zdjec.

Zaczelam od spaceru po parku Zamku w Osace.






Takie sosenki bardzo mi sie kojarza z Japonia.
Dlatego musialam sobie zrobic z takowa zdjecie. Jako, ze nie mial mi go kto zrobic to zrobilam sama. Dodam tylko, ze to wybrzuszenie z lewej to nie brzuch, a moja torba!
Widzialam ekipe przycinajaca owe sosenki.

I mnichow chodzacych po parku.
I inne atrakcje.




















W zamku bylo pare wystaw. Mi bardzo spodobalo sie przedstawienie bitwy o Osake.




I widok z najwyzszego pietra.


Na placu przed zamkiem byla wystawa chyzantem. Mnie najbardziej spodobaly sie te miniaturki.








Potem udalam sie ogladac najstarsza swiatynie buddyjska w Japonii Shitennō-ji. To ta wysoka, wielopoziomowa. Niestety byla juz zamknieta jak tam dotarlam. Zdjecia sa robione po zmroku z bardzo dlugim czasem naswietlania i z reki, dlatego sa czesto niewyrazne.


Wokol swiatyni znajduje sie mnostwo rzezb w ubraniach. W pewnym miejscu znalazlam ogromna ilosc malutkich figurek. Nie wiem co one symbolizuja, ale jak sie dowiem to dam znac.








A na koniec udalam do Umeda Sky Buildings by dostac sie na jego dach gdzie znajduje sie tzw. floating garden observatory. Jak tam dotarlam i spojrzalam w gore to pomyslalam sobie, ze chyba sie wroce. Generalnie ja jestem straszny cykor, szczegolnie jesli chodzi o wysokosc. A tam trzeba jechac szklana winda i na koniec przejechac sie schotami w tych dwoch widocznych rurach... Dobrze, ze bylo ciemno i moi wspoltowarzysze nie widzieli jaka bylam blada i przerazona. Balam sie jak nie wiem co, ale kurcze, warto bylo!!!!

Miasto z kazdej strony ciagnie sie po horyzont. Wialo jak diabli, ale tez bylo bardzo romantycznie i tak mi tam kogos brakowalo... Kogos kto jak zwykle by sie mnie zapytal "Male, za ile bys wyszla za ta barierke?". Pedro Kochany, zwiedzanie bez Ciebie to nie to!





I to by bylo na tyle. Teraz wlanczam baterie do ladowarki bo jutro czeka na mnie ..... Kyoto!!!! Juz dostalam pozwolenie od Dyrektora na opuszczenie stanowiska pracy ^^